Są dni, kiedy czuję się jak pralka, co zgubiła program.
Kręcę się, jęczę, chlapię wodą, a i tak ubrania wychodzą ze mnie brudniejsze niż były.
W środku mam pianę i guziki, które nie są moje.
Migam lampeczką „Error” i mam ochotę wystawić siebie na klatkę schodową z kartką:
„Oddam za darmo. Nie wiruje szczęścia. Nadaje się tylko do suszenia łez”.
Przez lata wierzyłem, że to mój obowiązek – naprawić siebie.
Wymienić bęben. Odkamienić serce.
Byłem człowiekiem w wersji demo, takim z wiecznym komunikatem: „Spróbuj ponownie później”.
Wieczna aktualizacja. Nigdy stabilne wydanie.
Młotek do duszy
Widzę siebie sprzed lat – zawsze z młotkiem w ręku.
Tłukłem w siebie jak w pralkę, która utknęła na płukaniu:
– Tu popraw!
– Tam napraw!
– To usuń, bo wstyd patrzeć!
Ale człowiek to nie metalowa obudowa.
Człowiek to miękka skóra, co łatwo pęka.
Serce, co się gniecie.
Dusza, co trzepocze jak firanka w bębnie przy 1200 obrotach.
Każde „naprawianie” zostawiało rysę.
A ja dziwiłem się, że przeciekam coraz bardziej.
Bo życie nie ma serwisu gwarancyjnego.
Nie ma „resetu do ustawień fabrycznych”.
Nie można oddać duszy z opisem usterki:
„Za dużo czuje. Proszę wymienić na tańszy model”.
Człowiek, nie pralka
I w końcu dotarło do mnie jedno zdanie – najprostsze, a jak piorun:
Jestem człowiekiem.
Nie projektem do poprawy.
Nie tabelką w Excelu.
Nie szkicem do wymazania.
Po prostu człowiekiem.
Który płacze tak, że zalewa cały blok.
Który tańczy jak idiota w kuchni, aż kubki na półce robią „pling, pling”.
Który zapomina wyjąć prania i potem wącha swój wstyd pachnący jak spleśniała skarpeta.
Który kocha.
Który klnie.
Który czasem nie wie, po co wstał, a i tak wstaje.
I to wystarczy.
Słoik na serce
Jeśli trzymasz ten tekst w ręku – potraktuj go jak dodatkowy słoik z książki.
Nie taki na półce.
Taki w sercu.
Zajrzyj do niego, gdy znów pomyślisz, że musisz się naprawić.
I przypomnij sobie:
Ty nie jesteś pralką. Ty jesteś człowiekiem.
A człowieka się nie naprawia.
Człowieka się przeżywa.
I absurd na deser
A wiesz co jest najgorsze?
Że moja pralka ostatnio zaczęła gadać.
O drugiej w nocy, podczas wirowania, usłyszałem głos sąsiadki z góry:
– „Po co znowu wrzuciłeś tu swoje cierpienie? To się nie pierze, to się nosi”.
Patrzę na wyświetlacz – a tam zamiast „End” pojawiło się:
„Przytul siebie, idioto”.
I wiesz co zrobiłem?
Przytuliłem.
A pralka zaśpiewała mi wtedy „Przez twe oczy zielone”.
I chyba pierwszy raz od dawna naprawdę się zaśmiałem.
Cześć, tu Gabriel – autor książki „Kupię Twoje cierpienie” i bloga. Piszę o tym, co boli. Chcesz wiedzieć więcej? Zostań na dłużej.”



Góra, Cień i Słoik – o sztuce noszenia cierpienia ze sobą
